FAT Imprezy Obce 3-08-2025 Jestem Predatorem

3-08-2025 Jestem Predatorem

Hej, Razem z „Sayko” byłem dziś na Arenie w Gliwicach.

„Krótko” 😉 opiszę wam co się działo. Dzień wcześniej, godzina 22:45. Coś mnie kusi, by sprawdzić pogodę. Za oknem zaczyna padać – no tak średnio bym powiedział, jeśli ma się utrzymać taka wilgoć do jutra to… Odpalam więc AccuWeather i…Nosz kur… Ma lać od rana. A o 12 (w samo południe, he he, czaicie, jak w tym westernie, hehe) ma spascnawet 1 cm deszczu. No cóż… Będzie grubo…

Niedziela rano Ponuro. Pada. Ciemno. Piąta rano, psy muszę wyciągać przemocą na spacer – czuję się jak jakiś nazista, oprawca i kat. Mam nadzieję, że mi wybaczą (spoiler alert – nie wybaczyly. Gdy piszę te słowa udają, że mnie nie ma. Pałka, jak mawiał Ferdek Kiepski, się przegła).

Przyjeżdżam na miejsce przed czasem, w zasadzie już oszpejowany. Rozglądam się za znajomymi twarzami – szybko z tłumu woodlandow, wuzet czy innych multicamow wyławiam gości ze zbrojowni. Zbijamy piątki, dowcipkujemy. Jest i „Paprot” – tym razem w roli sprzedawcy. Rozmawiając z nim czuję się trochę jak w Metro albo Stalkerze. I trochę winny, że niczego nie kupiłem…

Gdzie jest Sayko? Szybko się zapisuje, chronuje, chwila grozy – replika wypluwa 0.8 joula. Na szczęście okazuje się, że źle przyłożyłem lufę do chrono. Jest chwila do odprawy – idę więc jeszcze wyzerować lunetę. Robię to po raz setny, chyba wyrabiam sobie nerwicę natręctw. Jeszcze tylko odprawa, marudzenie o BHP (wiadomo, BHP zmniejsza wydajność pracownika więc nikt nie słucha) i podział na dwie ekipy (Jestem niebieski!). Jest i Sayko – udaje mu się nie spóźnić. Idziemy na respa. Mokro, niebo nasiąknięte wodą. Nadrabiamy wszyscy humorem ale już wiem, że w sumie niepotrzebnie wczoraj glancowalem, pucowalem buty.

Będzie kąpiel. Ruszamy do akcji. „Młodzież” biegnie, by zająć pozycję, a ja, jako stateczny, starszy pan z siwa brodą postanawiam być sprytny i ładuję się w krzaki po lewej. Znam już teren, grałem tutaj, więc idę na flankę. Szybko się okazuje, że nie ja jeden wpadłem na taki pomysł. Już we dwóch zajmujemy pozycję nad strumykiem (czytaj: grzęźniemy w krzakach). Ale to dobrze – przed nami spore bagno, trudny teren, można utknąć na amen. Że i Ursusem nie wyciągniesz. Będę bronił tego przejścia niczym Gandalf mostu przed Barlogiem w Morii. You shall not pass! Nie czekamy długo. Przeciwnicy, nieświadomi naszego istnienia, ładują się prosto w grzęzawisko. Szybko ich likwidujemy – chyba nawet nie wiedzą skąd padły strzały Po minucie nadchodzą następni, tylko po to, by podzielić los swoich towarzyszy. Teraz się cieszę, że padało całą noc. Na tej pozycji to jak strzelanie do niezbyt ruchomych kaczek. Brakuje tylko fajek i dwóch do pokera. Po następnych paru minutach dochodzimy do wniosku, że trzeba jednak się ruszyć. Przeciwnicy przestali heroicznie grzęznąć i wystawiać się na strzały. Zaczęło wiać nudą. Rozstaje się więc z moim towarzyszem i ruszam na prawo, na górkę, w poszukiwaniu Sayko i kolegów ze Zbrojowni. Jakoś wdrapuję się na śliskie jak obietnice wyborcze zbocze i znajduję chłopaków. Gdzie wróg? Przed nami, dwunasta. Snajper. Ledwo wychylam głowę zza osłony pac! Kulka uderza w deskę centymetry ode mnie. Będzie grubo, bo to HaPeŁa.

Na szczęście dołącza do nas nasz strzelec wyborowy. Też z butlą przy pasku. Szybko kręcimy plan działania. Z Sayko przypuszczamy szturm, żeby przycisnąć przeciwnika. Jak się okazuje, za barykadami jest jeszcze dwóch czerwonych. No nic. Skaczę, Sayko osłania. Dopadam do osłony, teraz ja walę full auto „generalnie w kierunku wroga” a Sayko biegnie co sił w nogach. Koszę liście, gałązki, jakiegoś typa w hełmie (o cholera, nawet go nie widziałem). Uff, udało się. Sayko za zasłoną, bezpieczny. Pilnuję prawej, on lewej. Gdzie jest snajper? Jak się okazuje – nasz strzelec wyborowy go wysłał na respa gdy myśmy kicali od zasłony do zasłony. HA PE ŁA baby! Niestety, w naszym kierunku kulek zaczyna latać sporo. Musimy się wycofać – zostaliśmy sami, na przedzie, za chwilę nas oskrzydlą. Robimy żabie skoki – chwila strzelania, zmiana, chwila biegu, zmiana. Kulki świszczą nam nad głowami. W końcu jednak docieramy do bezpiecznego miejsca w głębi „naszego” lasu. Tu można się przegrupować. Jakiś czas później – przerwa. Reset gry, za bardzo przycisnęliśmy czerwonych, boją się wyjść z respa. Czekamy więc przy fladze, dowcipkujemy, ładujemy amunicję. Zastanawiam się co dalej – w zasadzie gra jest aż za łatwa.

Może warto trochę poeksperymentować? Może czas na odrobinę brawury rodem z kiepskiego filmu? Gdy orgowie wznawiają rozgrywkę, formuje mały zespół. Chodźcie chłopaki, mówię, dookoła, będziemy ich kosić z flanki. Ustawiam odstępy między ludźmi, wyznaczam siebie na czujkę. Prowadzę taką poskładana ad hoc sekcje bokiem, skrajem lasu. Co jakiś czas zatrzymuję się i sprawdzam, czy jest bezpiecznie. Komunikujemy się sygnałami dłonią – nikt nie chce pracować na radio. I w sumie dobrze. Brniemy po łydki w wodzie, klimat jak z Wietnamu, po co nam jakieś Baofengi. Nuce sobie pod nosem „Fortunate son” dla większej immersji. Przeprawiamy się przez strumyczek gnojówki na stronę przeciwnika, omijając bagno, w którym czerwoni ugrzęźli na początku gry. Podchodzimy pod zbocze, za którym jest łąka i ich resp. O dziwo, ktoś tam jest. Pilnuje. Chwila strzelania i pierwsze straty w sekcji. Tu pokazuje się przewaga dobrego maskowania – ginie gracz obok mnie, dosłownie dwa metry obok, ubrany w czarne, taktyczne ciuchy. Ja jestem niewidoczny. Fuck yeah! Predator baby! Wchodzę na górę i widzę przeciwników na sprawnie. Jakieś 110-120 metrów. Nie palą się do walki, chyba im morale padło.Ustawiam lunetę na największe powiększenie.

Pa mamo, jestę snajperę! Czekam aż przeciwnicy wyjdą z respa i pójdą w moją stronę. Daje im tak z dwadzieścia – trzydzieści metrów na ogarnięcie się – są już przecież na polu gry. Nie? No dobra. Wstaję i składam się do strzału niczym bohater marnego filmu akcji z lat 80tych (tylko lepiej). Naciskam spust. Dwa kille. Life is beautiful! Zmieniam pozycję (jestem przekonany, że reszta mnie widziała, spoiler alert: nie). Tym razem idę górą z Sayko. Chcę przycisnąć czerwonych z drugiej strony – bo w sumie czemu nie? Na zmianę strzelając i biegnąc docieramy obaj do respa przeciwnika. Trochę bezmyślnie podbudowany poprzednimi sukcesami ładuje się prosto między drzewa, na ścieżce, prowadzącej do bazy wroga. Zza zakrętu wychodzi wprost na mnie dwóch czerwonych. Zamieram w pozycji strzeleckiej. To koniec, myślę, teraz już na pewno czeka mnie śmierć szmata i „walk of shame” na resp. Ale nie…Idą wprost na mnie, nie widzą mnie. 30 metrów…25…20…Przesuwam selektor ognia na full auto. Klik…Walę serią prosto w nich, nie wierząc własnemu szczęściu. Odpowiada mi gromkie „kuurwaaa!”.Dwa trupy. Gramy jeszcze jakiś czas. Zmiana stron, niestety, nic wielkiego się nie dzieje poza fajna wymianą kulek na górze, gdzie są barykady. Czerwoni postanowili nas tam zatrzymać – tu już musimy się z Sayko i chłopakami ze Zbrojowni trochę pomęczyć. Nie chcę flankować, bo na dole też coś się dzieje. Szkoda przeszkadzać innym w zabawie. No i tak się rozochociłem tym bieganiem od zasłony do zasłony, że w końcu ginę. W sensie – załatwiam przeciwnika a on mnie, sytuacja jak z westernu. No nic, czas na respa i chwilę przerwy.

Wnioski:
1. Mam w końcu replikę, którą mogę coś ustrzelić. Porównywałem zasięg do snajperek z hapeła kolegów z teamu niebieskich. Może z 10 metrów mniej i niewiele gorsze skupienie.
2. Muszę mocno dopracować szpej pod kątem nieprzemakalności. Nieprzemakalne buty takie przestają być gdy woda leje się od góry. Pałatka I stuptuty to must have.
3. Treningi FATu dużo dają, naprawdę. Nie jestem jakimś killerem, takim Navy Seals czy operatorem Gromu, ale zawsze widziałem co zrobić i gdzie iść czy jaką pozycję zająć. Udało mi się zorganizować sekcje i ją przeprowadzić do skutecznego ataku. Bardzo dobrze pracowało mi się z Sayko w parze. Nie zastanawialismy sie jak się zachować tylko gdzie pójść i jak najbardziej dogryźć przeciwnikowi. Inni gracze chętnie z nami się zabierali. Reakcje na ostrzał też były prawidłowe – odpowiedzieć ogniem, padnij, zasłona, ogień. Podobnie jak i komunikacja, także niewerbalna (choć tu trochę muszę popracować).
5. Kamuflaż. Dużo ciepłych słów muszę powiedzieć o mapie. Mapa + szal + kapelusz + maskowanie broni i byłem NIEWIDZIALNY. Nie potrafię pojąć jak to możliwe, żeby nie zauważyć takiego sporego chopa z siwa brodą jak ja.

Pa mamo, jestę predatorę 😉