10-08-2025 Knurów
LARP „Escape from Tarkov” organizowany przez BISKI Team
piórem POMORA spisana historia:
Godzina 5:30, niedziela
Wstaję. Szybka kawa, banan. Spacer z psami – wybaczcie, psiaki, krótko, „odspacerujemy” to jutro, przyrzekam!
Sprawdzam jeszcze prognozę pogody (30 stopni w cieniu, no,no, dobrze to wróży) i znoszę szpej do auta. Po drodze mijam podpitego sąsiada z klatki obok, który akurat wraca z imprezy.
Cóż, priorytety.
Na miejscu jestem wcześniej niż zakładałem (choć raz!). Szybkie przywitanie, tradycyjna wymiana heheszków i rozmowy w stylu „multicam pasuje do (wstaw nazwę kamuflażu)” albo „o, pokaż tego Glocka/ Colta/ Emkę/ Aap”.
W końcu ruszamy na odprawę. Po drodze kilka fotek (na Fejsbunia i Insta, wiadomo, pic or it didn’t happen). Na strzelnicy zdziwienie – jest nas mniej niż się zapowiadało. FAT stawił się w sile dwóch sekcji, ale reszta graczy…
Organizatorzy chcą nas, FAT, podzielić. Nic z tego – nie będziemy do siebie strzelać. W końcu zgadzamy się na jedyną opcję -działamy sekcjami jako USEC. Jedna sekcja pod dowództwem KOBEK a druga HARDY. Osobne linie fabularne, osobne zadania…
Mamy wyruszyć już za chwilę. Rozmawiamy jeszcze z traderem, wykupujemy sprzęt, dodatkowe informacje. Dostajemy w końcu misję. Mamy udać się do grida Romeo 14 i z porzuconego tam laptopa ściągnać mapę.
Brzmi prosto, prawda?
Zaczynamy grę…
…i pierwsze potknięcie. Zakładam wszystko w pośpiechu i o matulu! Jak ten chest rig rózni się od mojego świętej pamięci Patterna! Wszystko nie tak, paski gdzie indziej, gdzie ten @#$#%^ PTT…
Koledzy rzucają znaczące spojrzenia. Sędzia czeka. Dobrze, walić to, jakoś chyba wszystko podopinałem.
Idziemy!
Nasz resp jest na końcu lasu.
Patrząc na mapę widzę już oczami wyobraźni ile kilometrów nabije mi dziś Garmin. Drepczemy wiec za sędzią, wykręcając przy okazji szyje w poszukiwaniu skrytek, skrzynek, czegokolwiek, co możemy potem sobie przywłaszczyć.
Docieramy do respa. Upał sprawia, że las wygląda niezwykle kusząco. Od alsfaltu, na którym stoimy, bije fala żaru.
Piekło.
W końcu sygnał – ruszamy.
Hardy decyduje się zrobić najpierw zadanie poboczne. Niedaleko, może 100 metrów od nas, jest gdzieś ukryta skrytka z pieniędzmi i jakimiś „przydasiami”. Ruszamy przez las, po chwili ją przejmujemy. Szara, zwykła koperta, w środku banknoty.
Ile?
Panie, a kto by to teraz liczył!
Idziemy dalej – główne zadanie czeka. Jestem szperaczem, prowadzę sekcję prosto na miejsce. Las jest cichy.
Za cichy.
Coś tu nie gra.
Idę coraz wolniej. Całe doświadczenie, zdobyte przez lata włóczęgi po lasach, pulsuje w głowie, wwierca się w mózg, krzyczy – COŚ JEST NIE TAK! Za cicho, za spokojnie…
W tej samej chwili – kontakt! Orion widzi przeciwnika. Kontakt, kontakt, kontakt! Przód, trzech!
W mgnieniu oka rozwijamy się w tyralierę. Rzucam się przed siebie i wpadam za szerokie drzewo. Metr od niego, na kolano, broń do oka, składam się.
– We are USEC! We don’t wanna fight you, asholes! – krzyczę do nich.
– Let us pass and nobody gets hurt!
Jedyną odpowiedzią są strzały.
Hardy podejmuje decyzję. Rolujemy się!
Po mojej prawej jest Matador. Idź, idź, pokazuję mu i otwieram ogień w stronę, skąd do nas strzelają.
Odpowiada mi przynajmniej kilka luf.
Grubo.
– Gdzie jest Orion?! – słyszę Hardego. Nie mam czasu – moje życie liczy się w sekundach. Przenoszę ogień na prawą stronę, przyduszam serią. Zrywam się i, zgarbiony, schylony, gnam do reszty sekcji jakby gonił mnie sam urząd skarbowy. Ktoś mnie osłania, nawet nie wiem kto – pewnie Matador, z którym pracowałem w dwójce.
Uf. Zrywamy kontakt, jesteśmy obaj głębiej w lesie. Chowamy się za pniakami, obserwując miejsce, z którego uciekliśmy.
Pusto.
No trochę wyszło to chaotycznie, myślę sobie. Ale żyjemy.
– Gdzie jest Orion?
Odwracam się – Hardy.
– Szedł na prawo. Idźmy też, znajdziemy go – pada decyzja. Formujemy szyk ubezpieczony „nieco rozciągnięty” i ruszamy na zachód, w stronę kwadratu Romeo 14.
Nagle pojawia się sam poszukiwany.
– Jednego odstrzeliłem – stwierdza spokojnie, wzruszając lekko ramionami.
Dzień jak co dzień, nie ma się co ekscytować.
Dochodzimy do grida Romeo 14 i rozwijamy obronę okrężną. Hardy nurkuje głębiej w krzakach i raz – dwa znajduje skrytkę z celem naszej misji. Niestety, nie wiemy czy w środku jest to, po co przyszliśmy. Wprawdzie jest jakaś mapa, wyświetlona na przestrzelonym tablecie, jakiś porzucony holotech, leżą tam jakieś beczki…
Nie interesuję się, pilnuję sektora.
Pada rozkaz – wracamy do bazy. Mamy za dużo kasy przy sobie, by ryzykować – z daleka słychać odgłosy wystrzałów. Ktoś tam się dobrze bawi. lepiej przemknąć obok.
Zwijamy obronę okrężną i idziemy z powrotem do bazy. Nagle – ruch z prawej strony, od domów. Czerwona koszulka. Obok czarny, duży pies.
Zwierzak rzuca się w naszym kierunku.
Na nasz widok właściciel czerwonej koszulki robi w tył zwrot. Tak gna, że po dwóch – trzech sekundach znika nam z pola widzenia.
Pies zostaje.
Broni swojego opiekuna – gotów rzucić się na sześciu podejrzanych typów w głębi lasu.
Psia miłość i wierność, na którą człowiek nie zasługuje.
Nóż mi się w kieszeni otwiera i kurwuję w myślach, życząc czerwonej koszulce, żeby spotkała go sraka podczas jazdy PKSem przez Bieszczady. Albo jeszcze gorzej. Jak tak, kurwa, można? Zostawić na pastwę losu swojego psa?!
Odganiamy zwierzaka i, wzburzeni, idziemy dalej.
W bazie wymieniamy kasę na szpej. Jak się okazuje – zadanie nie wykonane. Ktoś nam zabrał skrzynkę. To nie ta mapa, nie ten laptop.
Ech…
Nie bardzo tego słucham, bo myślę o tym czarnym psie. I o jego gównianym opiekunie.
Runda druga. Dostajemy nowe zadanie – ktoś coś, gdzieś. Potakuję, kiwam głową, ale trudno mi się skupić.
Pies.
Poprawiam chest rig. Dopada nas klątwa radiowa – żadne radio, nawet moje, nie działa. Rzucam się na pomoc, programuję częstotliwości, sprawdzam kody.
Co za gnojek zostawia swojego psa w lesie.
W końcu ruszamy na spawna a stamtąd – nabijam kilometry, to zdrowe! – wracamy na zadanie. Oczywiście schodzimy z drogi w las. Czujnie, bo dookoła słychać kanonadę. Kontakt jest nieunikniony.
I fakt, nie mija i pięć minut i widzimy przeciwnika. Nie strzelamy – zasady mówią, że możemy strzelać tylko, jeśli ktoś do nas strzeli.
Coś mi mówi, że długo to nie potrwa.
Przeciwnicy spokojnie rozwijają się w linię. Hardy decyduje – idziemy bokiem, na flankę, nie nawiązujemy kontaktu ogniowego. Przeskakujemy przez drogę. Przed nami pokryty zieloną rzęsą sztuczny staw. Nieco dalej – stary budynek laboratorium.
I poustawiane barykady.
Barykady?
Nagle rozpętuje się piekło.
Kulki świszczą o centymetry ode mnie, koszą liście, uderzają w grubą, zieloną powierzchnię wody. Przeciwnicy przyduszają naszą sekcję na podejściu do budynku.
Selektor ognia na ogień ciągły.
Lecimy!
Walę w stronę laboratorium, chcąc dać czas reszcie na znalezienie schronienia. Jednocześnie nogi same mnie niosą do najbliższego drzewa.
Szybciej!
Chowam się za pniem. Kulki odłupują od niego korę – ktoś cały czas
wali do mnie serią.
Kaem?
Rzucam się w lewo, biegnę, strzelam w biegu. Zero szans na powodzenie, minimalne szanse na przeżycie – czyli tak, jak lubię. Chcę rozciągnąć linię, obejść laboratorium i wejść na flankę.
Ktoś z naszych biegnie za mną.
Dopadam rogu laboratorium. Nie ma czasu na oddech. Zmieniam ramię i kroję pomieszczenia przez okna. Pusto. Wszystko szybko, bo za chwilę rozpęta się tu piekło.
Mijam róg budynku i widzę strzelca po drugiej stronie. Nie widzi mnie – skupiony jest na przedpolu.
Strzelam – chybiam.
Gość skacze za osłonę i zaczyna mnie ostrzeliwać. Zrywam się do biegu, wzdłuż linii lasu.
Niestety, czuję uderzenie w ramię, głowę i tułów. Przewracam się.
No cóż, w końcu musiało się to stać.
Biedny psiak.
Szybko się okazuje, że wprawdzie zlikwidowaliśmy jednego ale – no cóż, zginęliśmy wszyscy. Wracamy do bazy. Humor nam dopisuje już nieco mniej.
Po drodze – huk. Ale taki porządny, od którego zatrzęsła się ziemia Pirotechnika? Granaty? Co się dzieje?
W bazie tajemnica się szybko wyjaśnia. Jak mówią nam poruszeni orgowie. drzewo spadło na sekcję Kobka.
O kurw…
Na szczęscie nikomu się nic nie stało – wszyscy zdążyli odskoczyć. Najblizej, by zatańczyć z kostuchą był Bushcraft Vodi – drzewo leciało prosto na niego.
Rany, co za gra… Co za efekty!
Na uspokojenie orgowie proponują nam, że możemy jeszcze powalczyć jako „trzecia, tajemnicza siła”. Nowe zasady – gdy giniemy, wracamy do bazy i od razu wyruszamy do boju. I mamy wyczyścić las z wrogów.
Open season, he he.
Chcecie?
No pewnie!
Szybko uzupełniamy amunicję, płyny i ruszamy do walki.
Pierwsze co czyścimy – budynek ze snajperem. Hardy i ja osłaniamy się na wzajem, poruszamy się trzysekundowymi skokami. Matador daje nam osłonę z tyłu.
Dopadamy do zburzonego filara. Gdzie jest snajper? Hardy wskazuje – piętro, jedyne okno.
Trochę słabo, nie ma jak się do niego dostać.
Nagle Hardy krzyczy „granat!”. W lot chwytam i powtarzam za nim – „granat, granat!”. Walę w budynek, piętro (nikogo?)- Hardy skacze za róg i przejmuje osłanianie.
Skaczę.
Uf. Udało się. Żyjemy. Jesteśmy bezpieczni.
Sprawdzamy rozkład budynku. Chwila konsternacji. Na górę prowadzą schody, to prawda, ale piętro jest całkowicie odsłonięte. No jakoś tak nie uśmiecha mi się być celem reaktywnym.
Hardy jednak próbuje. Dołącza do nas Orion i Matador. We trzech walimy po piętrze, chcąc dać Hardemu szansę. Hardy wbiega po schodach i wali do przeciwnika. Raz, chowa się. Drugi. Trzeci…
Snajper zdjęty.
(Później się przyznaje, że schował się bo był przekonany, że rzucamy pirotechniką, więc „na wszelki wypadek” zanurkował za osłonę).
Podbudowani, ruszamy dalej. Nagle Orion zgłasza kontakt – cała seria. Albo i więcej.
Nie atakujemy frontalnie. Staramy się ich obejść. Rozstawiamy się w szeroką linię. W rowie, za grubym pniem, wszędzie, gdzie jest jaka kolwiek osłona.
Przeciwnik nas widzi.
– Chcemy się dogadać! – krzyczę, planując sobie, że ich odstrzelę gdy tylko do nas podejdą. – Mamy pieniądze, potrzebujemy waszego wsparcia!
A takiego!
Jedyną odpowiedzią jest ogień.
No cóż, sami się prosiliście.
Odpowiadamy seriami. Strzelamy jak do kaczek – żaden z przeciwników nie ma maskowania. Same Scavy. Widoczni jak na dłoni. Czarne, czerwone, niezorganizowane i niezgrabne cele. Przestaję ich liczyć – po prostu walę, kosząc jednego za drugim.
Czuję już, że się przez nich przebijemy i nagle, jak na złość, coś się zmienia.
Skoordynowany, skuteczny ogień z boków.
Z lewej, z prawej.
Celny, za celny na skavów. Pada Orion. Po chwili Matador. Próbuję dojrzeć skąd walą. Nikogo. Przyduszają nas jeszcze mocniej, nie mamy się jak wycofać.
Czuję uderzenie w prawy bok.
No cóż.
Zgłaszam hit.
Widzę jeszcze jak Hardy próbuje niemal wwiercić się w ziemię. Już nawet nie odpowiada ogniem. Kulki świszcza ze wszystkich stron.
Hardy pada.
Możemy wracać do bazy.
Runda trzecia. Jak się okazuje, scavy, do których tak radośnie pruliśmy, sprzymierzyły się z sekcją Kobka. Ten skoordynowany, skuteczny ostrzał, przeprowadzony po manewrze oskrzydlania, to byli nasi.
No cóż, zawsze to jakieś pocieszenie, zginąć z rąk najlepszych.
Dostajemy nowe misje. Mamy przejąć konwój i skrzynki, które przewozi. Trasa konwoju jest nam znana. Łączymy siły i przygotowujemy zasadzkę. Niestety, nasza sekcja ma dalej – spawn mamy na końcu mapy. Lecimy więc jak na skrzydłach, by udzielić wsparcia naszym, rezygnując przy tym z ostrożnego i ubezpieczonego poruszania się po terenie.
Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana, prawda?
Całość jest koordynowana przez radio przez obu dowódców. Plan jest prosty – Kobek i jego ludzie obsadzą wał, wzdłuż którego ma poruszać się konwój. My zamkniemy im przejazd, zmuszając do zatrzymania się.
Niestety, spóżniamy się – ledwo zajmujemy pozycję jest już po wszystkim. Kobek i jego sekcja w ciągu sekundy rozstrzeliwują obrońców konwoju. Ci nawet nie orientują się, że giną.
Akcja przeprowadzona wzorcowo.
Chwytamy ładunek – skrzynki – i targamy je do bezpiecznego punktu. Wiemy z danych wywiadu, że Scavy maja tam coś na kształt sił specjalnego reagowania i zaraz nas zaatakują. Musimy wytrzymać 10 minut, zanim odpuszczą.
10 najdłuższych minut tej gry.
Obie sekcje rozstawiają się do obrony okrężnej, korzystając z wałów. Ja idę bardziej w lewo, szukam sobie miejsca ale czas się kończy.
– Idą! – krzyczy ktoś z naszych.
– Kontakt, kontakt, kontakt! Dwunasta, dwóch!
– Kontakt, dziesiąta, jeden!
– Kontakt na trzeciej! Czterech!
Widzę sylwetki. Biegną przez las w naszym kierunku, inne, przyczajone, skaczą od drzewa do drzewa.
Klik klik.
Selektor ognia na ogień ciągły.
Jedziemy!
Zaczynam ostrzał. Dwie, trzy krótkie serie, zmiana miejsca sprintem, znów dwie krótkie serie, skok. Chcę jak najbardziej odciągnąć Scavy od naszych, wciągnąć ich w wymianę ognia na bokach.
Po piątym ściągniętym przestaję liczyć zabitych. Walę jak do kaczek, do ciemnych sylwetek, wyraźnie widocznych w leśnym poszyciu. Jak w jakimś amoku, skaczę między drzewami, opróżniając magazynek za magazynkiem.
Orion robi to samo. Miga mi gdzieś Badger, sprawnie likwidujący kogoś, kto może i na to nie zasługiwał, ale znalazł się po złej stronie lufy Honeya.
Chaos.
Jestem w niebie.
Niestety, wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć. Wracam do naszych – są dość przyduszeni, cofnęli się między wały, do wykopu z jednym przejściem. Matador leży ranny. Wpadam na Kobka.
– Osłaniaj, ja mu rzucę bandaż!
Wykonuje polecenie – wychodzę z przejścia i walę ogniem zaporowym. Zero kadencji, czysty, niczym nieskrępowany ogień.
Bandaż pada za blisko.
– Przejmij ogień, ja doskoczę! – krzyczę do Kobka, choć stoi tuż obok. Kobek zajmuje pozycję. Gotów?
Daje znak, ze tak i skaczę w stronę Matadora, chwytając po drodze bandaż. Kobek wali seriami po krzakach – metodycznie, skutecznie.
Matador uleczony.
Cofamy się pomiędzy wały. Sytuacja nie wyglada dobrze – rannych jest wiecej. Kończy mi się amunicja – zostały tylko dwa magazynki. Zużywamy stimy, przywracając z krainy wiecznych łowów Oriona i Hardego. Hardy chce wracać po swojego człowieka, ale Kobek mu nie pozwala. To on dowodzi obiema sekcjami.
Emocje kipią.
Dzielę się z Hardym magazynkami – został mu tylko jeden. Mi teraz też.
Scavy wracają z nowymi siłami.
Odpowiadamy im ogniem, przyparci w zasadzie do muru. Koniec stimów, bandaży, resztki amunicji.
Walczymy.
Po jakimś czasie Scavy nie atakują już tak chętnie. Ich siły się chyba wyczerpują. Mija jeszcze minuta i pada rozkaz – zwijamy się.
Zabieramy skrzynki i znikamy. Kobek przywraca porządek w sekcjach – intensywna obrona trochę nas zmieszała. Organizuje przód, osłonę dla nosicieli skrzynek i tylną straż. Mi przypada trudne zadanie – mam iść w ariergardzie i reagować na zagrożenie.
Zwijam Badgera i Matadora i we trzech chronimy tyły.
Scavy nas obserwują spomiędzy drzew. Nie atakują.
Nie inicjuję więc kontaktu – naszym celem jest przecież bezpieczny exfil.
Z każdym krokiem bliżej bezpieczeństwa.
Skaczę z chłopakami na zmianę – tak wygodniej niż iść tyłem, z bronią w pozycji low ready. Chwilę ja trzymam tył, chłopaki skaczą za mnie, potem oni trzymają sektor, ja skaczę za nich.
Ciężka praca ale po dwustu metrach docieramy do exfilu.
Sukces, zadanie wykonane!
Sekcja Hardego może iść wykonać zadanie numer dwa. Oczywiście, na drugim końcu mapy, a jakże.
Rozdzielamy się i – biegiem, biegusiem! – lecimy przez las. Liczymy na to, że Scavy i niedobitki Bear maja dość i nie będą szukały zaczepki. Zdyszani, z sercem wyskakującym przez uszy, dopadamy grida, na którym było nasze zadanie.
Koniec rundy.
Nosz kur….
Wracamy do bazy.
Po krótkiej (za krótkiej!) przerwie okazuje się, że Kobek musi jechać, by zarobić na swoje hobby czy jakoś tak. Zatem dowództwo siłami FATu przejmuje Hardy.
Dostajemy nowe zadanie – przetransportować walizkę z bombą do miejsca, gdzie są skoncentrowane siły przeciwnika, wybić wszystkich i ją podłożyć. Przez dziesięć minut musimy się utrzymać, nie dopuszczając sił wroga do walizki.
Nie mogą jej rozbroić.
Ruszamy więc – na około, krawędzią mapy, ostrożnie, tachając ze sobą walizkę z bombą. Unikamy kontaktu z wrogiem, mając w planie zajść ich z flanki.
Docieramy na miejsce i – wpadamy w zasadzkę. Obrywam pierwszy – idę jako szperacz. Reszta odpowiada ogniem, ale wróg jest dobrze ukryty, siedzi na wałach i ani myśl wystawiać głowę wiecej niż to potrzebne.
Hardy mnie uzdrawia stimpackiem ale za chwilę obrywam znowu. Tym razem na pomoc doczołguje się Matador. Ledwo mnie uzdrawia zmieniam magazynek i pruję przed siebie, licząc na Święty Ogień Ciągły.
Wycofujemy się.
Będziemy ich okrążać – wejdziemy jeszcze głębiej w las i zajdziemy od flanki.
Plan wykonujemy co do joty. Idę jako szperacz i wychodzę prosto na ludzi z Bear. Strzelam, rozpraszają się. Szybko rozwijamy się w linię i przechodzimy do ataku. Skaczemy po trzy sekundy. Osłona, skok, przejęcie ognia, skok.
Niestety, wróg jest dobrze okopany i prowadzi skuteczny ogień. Znów obrywam i znów ktoś z ekipy mnie uzdrawia.
Walę seriami przyduszając wrogów i nagle czuję, że moja broń zwalnia po czym milknie.
Baterie.
No to koniec.
Widzę Matadora – leży za drzewem, ranny. Koniec stimpaków, nie mam go jak uleczyć. Matador wskazuje na swój karabinek.
Bierz.
Biegnę do niego sprintem, ścigany huraganem kulek. Wymieniamy się karabinkami – wracam do gry.
Pięć minut później jest już po wszystkim. Odbiliśmy się od broniących, wprawdzie znacznie przetrzebiając ich szeregi, ale zadanie pozostało niewykonane.
Ostatnim, który walczył był Horney. Targając ciężką bombę, ostrzeliwał się z karabinka. Dopingowaliśmy go przez radio, nie znając za bardzo sytuacji. Badger został ranny, bombę mu zabrano, ale miał stimpack i wrócił do boju, prawie ją odbijając.
Niestety, runda się skończyła.
Wróciliśmy do bazy, totalnie wypompowani pięcioma godzinami ciągłych, intensywnych walk. Garmin pokazał mi, że zrobiłem 12 kilometrów, spaliłem 2500 kcal i straciłem 4,5 litra wody.
Nic z tego się nie liczyło – zabawa była przednia, emocje ogromne a poczucie braterstwa i wspólnoty czuł chyba każdy.
Ale gościowi, który porzucił swego psa kulkę w dupę bym załadował.
Dziękuję wam wszystkim za tak udaną grę!
Na pocieszenie – zdjęcia z naszej przygody.
Do zaś!